! Nowe opowiadanie - KLIK - zapraszam !

środa, 27 czerwca 2012

Amare - Rozdział 5

Stanąłem w progu mieszkania Lou. Znajdowało się ono na poddaszu jakiejś starej kamienicy. Przedpokój był małym kwadratowym pomieszczeniem, z którego wychodziło się prosto na salon z aneksem kuchennym. Z boku kuchni był wąski korytarz, który prowadził do dwóch sypialni i toalety. Wszedłem powoli i postawiłem moją torbę obok kanapy. 
-Tam jest łazienka, możesz wziąć prysznic. Ja w tym czasie poszukam dla ciebie czegoś do spania.
Przez moment przebiegła mi przez głowę myśl... Nie mam nic do przebrania. Cholera. Może wstanę jutro wcześniej i przed szkołą pójdę jeszcze do domu, żeby się przebrać... No wiecie, czysta bielizna i te sprawy. Odetchnąłem ciężko i udałem się do wskazanego mi przez chłopaka pomieszczenia. Łazienka była dość mała, ale czego się spodziewać. Lou nie stać było na żadne luksusy. Mimo to mieszkanie było przytulne i jakoś biło od niego uczucie. Wiem, że to może głupio zabrzmi, bo mieszkania nie mają uczuć, ani nic w tym stylu... Ale mimo tego, że Lou mieszkał tu sam, było przytulnie i jakoś rodzinnie. To było miejsce do którego z pewnością chciało się wracać. Gdy wyszedłem z pod prysznica na małej komódce obok drzwi, leżały jakieś ciuchy. Przebrałem się w nie i udałem do salonu. Lou stawiał właśnie na stole talerz z kanapkami i jakiś kubek.
-Zrobiłem ci kolacje, na pewno nie najadłeś się marną miską zupy i jakimiś bułkami. Ja idę się kąpać i spać... Jestem naprawdę wykończony... 
Nie dziwię mu się. Louis w pracy nie tylko układa coś na pułkach i obsługuje klientów. Musi oprócz tego nosić różne ciężkie rzeczy, jak na przykład kartony z bóg wie czym. No i było już po północy, więc to normalne, że jest śpiący. Chociaż wołałbym zjeść kolację w jego towarzystwie, mogąc wpatrywać się w jego piękne oczy i ten idealny uśmiech, który nie schodził mu z twarzy.
-Ty nie jesz? 
-Och, nie. Już zjadłem, kiedy ty się kąpałeś. No i... Czuj się jak u siebie.
Przytaknąłem i zacząłem pochłaniać pierwszy kawałek chleba. Nim się obejrzałem zjadłem już wszystko, musiałem więc chyba być bardziej głodny niż myślałem, że jestem. Umyłem talerzyk wraz z kubkiem, zaraz potem odstawiając je na suszarkę i udając się do sypialni, którą pokazał mi Lou. Gdy wszedłem chłopak już przysypiał. Wow, musiał być naprawdę zmęczony. Delikatnie wślizgnąłem się pod kołdrę nie chcąc go budzić. Obróciłem się w jego stronę i napawałem widokiem śpiącego Louisa. Wyglądał jeszcze bardziej idealnie. Chociaż... Można wyglądać bardziej idealnie, niż on wyglądał? Nie, chyba nie. Miał przymknięte oczy, na które opadała lekko potargana i zmoczona od wody, grzywka. Jego usta były lekko uchylone, a oddech równomierny. W dodatku biała pościel podkreślała jego delikatnie zarumienioną cerę. Wyglądał jak anioł, naprawdę! Przysunąłem się bliżej niego, aby móc lepiej się mu przyjrzeć. Nasze twarze były tak blisko, że czułem jego oddech na swoich policzkach. Poczułem jak się rumienie i nagle jego ciało poruszyło się znacznie. Serce zaczęło mi bić szybciej. A co jeśli się obudzi i zobaczy, że obserwuje go gdy śpi? Pomyśli, że jestem jakiś nienormalny i każe mi wracać do domu... Na szczęście Lou odetchnął tylko mocniej i zjechał trochę niżej, po czym spokojnie wtulił się w moją klatkę piersiową. Ojeju. Czułem, że serce wali mi jak młot i chyba za bardzo się spiąłem. Po moim ciele rozlało się przyjemne ciepło, gdy zaczął poprawiać swoją głowę na mojej piersi. Był tak blisko, że do moich nozdrzy dolatywał zapach jego włosów... A pachniały tak ładnie. To chyba... Wiśnia, tak. Wydaje mi się, że to wiśnia. Wziąłem jeden głębszy wdech, aby móc spokojnie napawać się jego zapachem i poczułem jak znów zaczyna się wiercić. Obym go nie obudził, bo jeszcze te piękne chwilę bliskości z nim mogą się skończyć szybciej, niż bym tego chciał. Po chwili poczułem jak palec wskazujący lewej ręki chłopaka, która jeszcze przed chwilą spokojnie spoczywała na moim brzuchu doprowadzając mnie do szaleństwa, teraz zaczyna kręcić kółeczka na moim ciele. Odruchowo przełknąłem głośno ślinę, starając się uspokoić moje ciało. Lou chyba zauważył, że nie śpię. Odwrócił głowę w moją stronę i zarumienił się. Ojej, to wyglądało tak słodko.
-Ja... Nie przeszkadza ci, że tak się w ciebie wtulę?
-Nie, nie. Jasne, że nie. - właściwie to miałem ochotę wręcz wykrzyczeć, co jego najmniejszy dotyk robi ze mną i, że w myślach zgwałciłem go już setki razy, ale o dziwo udało mi się powstrzymać i ugryźć w język. 
-Dzięki... Ja po prostu... Lubię się do ciebie tulić. Jesteś taki ciepły i w ogóle. 
Tak. Właśnie doprowadził mnie do mini zawału serca. Boże, Lou! Możesz się do mnie tulić cały dzień i całą noc, a mi nawet przez myśl nie przejdzie, żeby jakoś cie od siebie oderwać. Chciałem powiedzieć coś jeszcze, ale chłopak ziewnął leniwie i nim się obejrzałem, już spał. Pogłaskałem więc go jedynie po główce i sam udałem się do krainy Morfeusza. 
~~~~~~
Gdy obudziłem się z rana Lou nie było koło mnie. Ziewnąłem przeciągle i wstałem. Z tego co wiem, Lou ma popołudniówki cały tydzień, więc po co wstał przed siódmą? Narzuciłem na siebie swoje wczorajsze dżinsy i udałem się do kuchni, skąd dobiegał jakiś hałas. Lou właśnie coś smarzył. Podszedłem do niego i zaglądnąłem przez ramie co robi. Chłopak zaśmiał się sprawiając, że znów moje serce zaczęło bić szybciej.
-Smarze naleśniki na śniadanie.
-Serio? Lou, jesteś za dobry... Przecież mógłbyś jeszcze spokojnie spać.
Tomlinson zaśmiał się jedynie po raz kolejny i nałożył mi na talerz któregoś już naleśnika. Usiadłem przy stole i zajadając się pysznym śniadaniem, przyglądałem się uważnie ruchom Lou. Był taki delikatny. Wydawało się, że zbyt szybki ruch, lub nawet zbyt mocny uścisk, może zrobić mu krzywkę. Jak... Mały ptaszek. Bezbronny. Przyjazny. Altruista. Tak, Lou zdecydowanie był altruistą. W końcu kto normalny wstałby tak wcześnie tylko po to, żeby zrobić śniadanie przyjacielowi, którego zna od kilku dni, a w dodatku musiał go przenocować. Rozmarzyłem się trochę na myśl o tym, że jeśli wszystko pójdzie tak jak powinno, już niedługo z nim zamieszkam. Nawet nie zauważyłem, jak Louis usiadł naprzeciwko mnie.
-Harry... Wszystko w porządku?
-Tak... Tak.
Gdy zjadłem ostatniego z moich naleśników, umyłem talerzyk i znów usiadłem naprzeciwko chłopaka. Może i nie powinienem był tego mówić, ale nie mogłem się powstrzymać.
-Wiesz Lou... Twoja przyszła żona będzie miała naprawdę dobrze.
Chłopak spojrzał na mnie i lekko się... speszył. Posłałem mu jedynie niezręczny uśmiech. Powiedziałem coś nie tak? 
-Ja chyba... Nie planuje mieć żony.
-Czemu? Ach, już wiem! Chcesz być wiecznym kawalerem skaczącym z kwiatka na kwiatek! Tak, to też dobry pomysł. No wiesz Lou... Nie myślałem, że taki z ciebie playboy. 
Zaśmiałem się, chociaż w głębi serca to mnie zabolało. To znaczy... sam to powiedziałem, ale to bolało. Spojrzałem na Lou, który siedział chyba niezbyt wiedząc co powiedzieć. Wyglądał na... smutnego. Może stało się coś, przez co on nie chciał mieć żony? A ja mu o tym tylko przypominam... 
-Lou przepraszam. Powiedziałem coś nie tak?
-Nie, nie. To ja przepraszam. Zamyśliłem się.- Niby uśmiechnął się i nawet zaczął coś żartować na temat bycia playboy'em, ale widziałem, że tylko gra szczęśliwego.
Spojrzałem na zegarek. Szlak. 7.30.
-Wiesz Lou. Dziękuje ci bardzo za nocleg, ale ja będę się już zbierał... Mam pół godziny, żeby pójść do domu, przebrać się i pójść do szkoły. Wpadnę do ciebie dziś po szkole, jeśli nie masz nic przeciwko. Nie masz, prawda? 
Chłopak pokiwał głową z uśmiechem. Poszedłem więc ubrać koszulkę, a gdy wróciłem zastałem Lou stojącego przy drzwiach z moją torbą na ramieniu. Posłałem mu pytające spojrzenie.
-Pomyślałem że... będzie szybciej jeśli odwiozę cię do domu, a potem pod szkołę... Chyba, że nie chcesz.. - Lou. Jeśli w trakcie naszego mieszkania razem będziesz mnie tak rozpieszczać i w dodatku wyglądać tak cholernie dobrze bez względu na porę dnia to obiecuję, że cię zgwałcę prędzej czy później. A tak przy okazji... Chyba zbyt często myślę o Lou jako o obiekcie zaspokajania swoich potrzeb seksualnych. Ale to naprawdę nie moja wina... On po prostu jest pociągający. No i te hormony. Tak, zrzućmy całą winę na te pieprzone hormony.
-Jasne. To znaczy, jeśli chcesz. Będę ci bardzo wdzięczny.
I ten jego piękny uśmiech. Nim się obejrzałem siedziałem już w jego samochodzie i jechaliśmy w stronę mojego domu, rozmawiając jednocześnie o różnych głupotach. W pewnym momencie Lou jakoś spoważniał i spiął się. 
-Harry... Czy ty... Kurcze. Nie powinienem się w to mieszać, ale...
-Spokojnie. Po prostu to powiedz. 
-Chodzi o to, że... Do Bristol jedzie też moja siostra, Lottie. I... Gdy jechaliśmy nad jezioro... Po prostu wolałbym wiedzieć, jeśli planujesz być w jakichś bliższych relacjach z moją siostrą. To znaczy... Ja nie będę się w to mieszał, bo to twoje życie i życzę wam jak najlepiej, ale... po prostu chciałbym wiedzieć. Jeśli ty coś... Jeśli ona ci się podoba.
Zgłupiałem. Kurcze, Lou myśli, że podoba mi się jego siostra? Automatycznie na myśl o tym wybuchłem śmiechem. Louis spojrzał na mnie zdezorientowany.
-Lou... Skąd taki pomysł przyszedł ci do głowy?
-No wiesz... Patrzyłeś na nią jakby...
-Jakby była bardzo atrakcyjną dziewczyną. Bo jest, ale to nie znaczy, że mi się podoba. Bez urazy Lou, ale Lottie... po prostu nie jest w moim typie. Przepraszam, jeśli cię zawiodłem. - Wciąż między słowami wybuchałem lekkim śmiechem. To była komiczna sytuacja. Miałem ochotę wykrzyczeć mu 'Mój mały, słodki debilku. Dużo bardziej od twojej siostry, wolałbym schrupać ciebie'. Ale to zabrzmiałoby głupio i pewnie by mnie wyśmiał. Ugryzłem się więc w język i zauważyłem, że stoimy już pod moim domem. Spojrzałem na Lou pytająco.
-Leć, ja tu poczekam. 
-Um... Może wejdziesz? Przecież nie będziesz tu tak siedział.
Chłopak zamyślił się chwilę, po czym wyjął kluczyki ze stacyjki i oboje ruszyliśmy w stronę drzwi małego domku z czerwonej cegły. Modliłem się, aby w moim pokoju był porządek. Przekręciłem klucz w zamku i wpuściłem Lou pierwszego. Zdejmując buty do moich uszu dobiegł jakiś hałas z kuchni. Spojrzałem na Lou i uśmiechnąłem się do niego.
-Cześć mamo! A ty jeszcze nie w pracy? - krzyknąłem wchodząc przed Louisem po schodach. Zauważyłem jak z kuchni wychodzi postać jakiejś kobiety i pomachałem jej powoli.
-Harry, gdzie byłeś całą noc?
-Pisałem ci przecież, że przenocuję u Lou. Ach, właśnie. Mamo to jest Louis. - tu wskazałem na chłopaka, który uśmiechnął się trochę niezręcznie, cofając się i podając mojej matce rękę.- No i Lou, to jest moja mama. Tommo podwiózł mnie tutaj, żebym nie spóźnił się do szkoły. Przebiorę się tylko i już wychodzimy. 
Widziałem jak na twarzy rodzicielki pojawia się lekki uśmiech. Był niemal niewidoczny, ale jednak był. Zapewne zupełnie inaczej wyobrażała sobie Louisa. No cóż, jeśli myślała, że poznałem jakiegoś napakowanego kolesia całego w tatuażach, albo z dredami, to się myliła. Lou, ubrany dziś w jasno niebieski spodnie i białą bluzkę w paski, wyglądał jak wzór cnót. Jednym słowem ideał. Do tego jego twarz była tak przyjazna i miła dla oczy, że wiedziałem jak bardzo przypadł mojej matce do gusty. Szybko przebrałem się w jakieś świeże ciuchy i obaj ruszyliśmy w stronę samochodu Lou. Chciałem już teraz porozmawiać z mamą na temat możliwości zamieszkania u Lou, jednak strasznie mi się spieszyło, a wiem, że i ona nie miała zbyt dużo czasu. 
________________________________________________________________________________
Wreszcie jest! Przepraszam, że tak długo z tym zwlekałam... Najpierw nie miałam weny, a gdy wreszcie udało mi się coś wydusić- odcięli mi internet. Potem jeszcze rodzice dostali kartkę z ocenami i teraz mam jedynie godzinę dziennie na korzystanie z internetu... Wiec mam nadzieje, że wybaczycie mi to opóźnienie :3 
Um... I zdaję sobie sprawę z tego, że ten rozdział jest trochę... krótki. Ale następny będzie dłuższy! Obiecuje !
Och. Zapewne spodziewaliście się jakiejś sceny +18? Huehuehue. Nie ma tak dobrze :D Jeszcze trochę was pomęczę :3
No i jeszcze coś. Równo 30 czerwca wyjeżdżam do Holandii i nie wiem czy będę miała możliwość pisania rozdziałów. A jeśli nawet- nie wiem, jak często. Więc niestety musicie być cierpliwi i wytrwali. Będę się starać jak tylko będę mogła, ale nic nie obiecuje :3

sobota, 16 czerwca 2012

Drugs.

To się zaczęło równo dwa lata temu. Miałem wtedy 16 lat i byłem głupim, nic nie wiedzącym o życiu szczeniakiem. Gdy teraz na to patrze jest mi żal samego siebie. Na początku była trawka. Nic takiego. Nie uzależnia, ale daje odlot. Tyle że w końcu ten 'odlot' to za mało. Ja i Zayn byliśmy wtedy najlepszymi przyjaciółmi. To właśnie on zaproponował mi spróbować czegoś mocniejszego. Na początku LSD. Chłopak miał do niego łatwy dostęp, więc kupno nie było problemem. Powiedziałem 'Jasne, czemu nie'. Teraz wiem, że to było najgorsze co mogłem zrobić. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo spieprzyłem sobie życie tymi trzema słowami. Ale byłem młody - nie wiedziałem nic o życiu. Chciałem się jedynie dobrze bawić, a przecież impreza 'na haju' jest o niebo lepsza. Tak, te chwilę gdy cały świat tańczy i śpiewa, a ty czujesz, że naprawdę żyjesz. To było to. Czułem się jakbym był we śnie. Nagle moje ciało przestawało do mnie należeć. Czasami czułem, jakby moje ciało był marionetką, która nic nie czuje, jest jedynie kierowana przez lalkarza o nazwie 'umysł'. Jeśli byliście kiedyś w teatrze kukiełkowym lub czymś w tym stylu, to wiecie co mam na myśli. Albo jeśli byliście kiedyś na haju. Braliśmy co weekend. Właściwie doszedłem do stanu, w którym od piątku do poniedziałkowego poranka nie wiedziałem co się dzieje. A w poniedziałek? Nic specjalnego. Kac, z czasem coraz mniejszy. Czasami tylko gdy przegiąłem nie szedłem do szkoły. Ale wtedy jeszcze znałem umiar i wiedziałem, że nie mogę brać zbyt wiele. Zayn tak nie miał. Pewnego pięknego piątku oświadczył mi 'Liam, dzisiaj zaszalejemy. Mam coś mocniejszego.' Zapytałem 'Jasne, stary. Co masz?' . On tylko się uśmiechnął. Wiedział, że gdyby mi powiedział, że to amfetamina, nie zgodziłbym się. Ale nie wiedziałem. Poszliśmy na jakąś domówkę. Nasi znajomi byli dziani i co weekend kto inny robił domówkę. Ich domy nie były zwykłe... To były wille, które po imprezie zmieniały się w burdele. Piwo lejące się litrami? Jasne, czemu nie. Przecież nas na to stać. Koka rozsypana na stole? Jasne, czemu nie. Przecież nas na to stać. Nagie dziwki leżące obrzygane w kącie? Jasne, czemu nie. Jesteśmy bogaci. Jak się bawić to na całego. Budziłeś się nie widząc gdzie jesteś, ani co tu robisz. Dobrze, jeśli udało ci się znaleźć kumpla leżącego równie pijanym jak ty jeszcze przed chwilą. W przeciwnym razie sam, w brudnych szmatach i zupełnie nieogarnięty maszerowałeś do domu. Zwykle byłem grzecznym chłopcem. Pochodzę z dobrego domu i zawsze byłem posłuszny. Zmienił mnie dopiero Zayn. To on wprowadził mnie w to błędne koło. Po raz pierwszy wzięliśmy amfę i odlecieliśmy. To był zupełny odjazd! To mi się spodobało. Tydzień później wzięliśmy znowu. I znowu. Z czasem braliśmy coraz więcej, a mi brakowało odjazdów nawet w trakcie tygodnia. Zaczęliśmy więc spotykać się po szkole u mnie. Nie wciągaliśmy dużo. Tylko trochę, bo przecież następnego dnia do szkoły. Nikt nawet nie zauważył, ja się uzależniliśmy. Nawet my tego nie widzieliśmy. Dopiero po jakimś czasie... Przestaliśmy chodzić do szkoły. Nie byliśmy w stanie. Braliśmy tyle, że trzymało nas od wieczora do południa. I gdy tylko trzeźwieliśmy - braliśmy znowu. Życie przez moment było piękne i kolorowe. Żyć nie umierać. Raj na ziemi. Do czasu gdy moi rodzice nie dostali wiadomości ze szkoły. Wtedy zorientowali się co jest grane. Zawsze myślałem, że w takie sytuacji oni mi pomogą. Ale myliłem się. Mój ojciec stwierdził, że woli nie mieć syna, niż mieć syna ćpuna. I stało się. Wyrzucili mnie, to samo stało się z Zayn. Oboje nie mieliśmy gdzie iść. Poszliśmy więc do jakiejś rudery, gdzie jak się okazało mieszkali i inni, tacy jak my. Wtedy wpadliśmy po uszy. Nie było odwrotu. Skąd braliśmy kasę, skoro nie sponsorowali nas rodzice? Och... A to się coś ukradło, a to się kogoś okradło. Głównie kradliśmy i dobrze nam to szło. Zayn nigdy nie był wygadany, więc to ja zajmowałem ludzi, a on jakby nigdy nic brał coś i wychodził coś ze sklepu. Byliśmy naprawdę mistrzami w tym. I tak mieliśmy na następne działki. W pewnym momencie... Zakochałem się w Zaynie. Byliśmy ja zwykle pod wpływem jakichś środków odurzających. To działo się tak szybko... Nawet nie pamiętam dokładnie tej nocy. Wiem, że obojgu nam się podobało. No i tak właśnie wpadliśmy w błędne koło. Kradliśmy - kupowaliśmy towar - wciągaliśmy - odlot - dziki seks na haju - powrót do normy. Kradzież - wciąganie - dziki seks - norma. Kradzież - wciąganie - dziki seks - norma. Aż do znudzenia powtarzaliśmy ten ciąg wydarzeń. I naprawdę pokochałem tego roześmianego mulata z głową pełną pomysłów. Któregoś dnia jednak wstałem i stwierdziłem 'Mam tego dość.' Poszedłem do Zayna, który jak zwykle był jeszcze niezbyt trzeźwy i powiedziałem 'Zayn, skończmy z tym. Rzucimy to gówno. Znajdziemy prace i wynajmiemy mieszkanie. Będziemy razem, trzeźwy i szczęśliwi. Co ty na to?' Byłem poważny. Byłem śmiertelnie poważny. On odpowiedział jedynie 'Jasne Liam. Czemu nie.' Ale dla niego to było jak pstryknięcie palcami. Namawiałem go wiele razy, ale zawsze kończyło się na gadaniu. Pewnego rana wstałem zupełnie trzeźwy, a zdarzało mi się to rzadko, i pomyślałem, że tak dalej być nie może. Nie chce tak. Wiem, że mogę być kimś. Kimś więcej niż ćpunem. Spotkałem się z moją matką. Nie wiem jak udało mi się ją namierzyć. Po prostu wiedziałem gdzie zwykle chodzi i poszedłem tam. Załamała się gdy mnie zobaczyła. Byłem brudny, śmierdziałem. Moje ciuchy były podarte, a włosy roztrzepane i sporo za długie. Normalnie nigdy o nic bym ich nie poprosił. W końcu wyrzekli się mnie. W tym momencie jednak ważniejsza była dla mnie moja przyszłość, niż duma czy honor. Poprosiłem ją, aby pomogła mi z tego wyjść. Zgodziła się, w końcu wciąż mnie kochała. Zapisała mnie do jakiegoś ośrodka. Zayna też chciała, ale on się nie zgodził. Byłem na niego wściekły. Mogliśmy wreszcie zacząć żyć normalnie! Terapia nie była dla mnie problemem. Pierwsze dni leżałem w łóżku krzycząc i błagając by dali mi jakiś towar. Ręce mi się trzęsły i nie mogłem przestać się pocić. Ten ból był nie do opisania. Czułem, że po prostu muszę coś wziąć, bo umrę. Wrzeszczałem, wyrywałem sobie włosy z głowy. Na początku byłem na nich wściekły. Wrzeszczałem i wyzywałem ich. Później był etap załamania. Błagałem na kolanach, płakałem modląc się o najmniejszą działkę. Ale nic... Nic mi nie dali i jestem im za to wdzięczny. Jakoś koło trzeciego/ czwartego dnia było lepiej. Wstałem z łóżka i nawet pozwolili mi przejść się po ośrodku, żeby móc się trochę rozruszać, pooddychać świeżym powietrzem. Po tygodniu zupełnie wróciłem do normy. Ręce przestały mi się trząść i nie czułem już aż takiej potrzeby. Przynajmniej mogłem spokojnie myśleć o innych rzeczach, niż tylko amfa. Nie wiem ile jeszcze tam siedziałem, bo straciłem rachubę czasu. Gdy wyszedłem nie czułem już w ogóle głodu. Wręcz brzydziłem się prochami. Pierwszym miejscem gdzie się udałem była baza wszystkich ćpunów. Oczywiście spotkałem tam mulata, bo gdzie niby miałby być? Leżał naćpany i brudny. Poprosiłem, aby udał się ze mną do mieszkania, które wynajęła mi matka, abym miał gdzie mieszkać. Chłopak nie jarzył co się w koło dzieje, więc zgodziłby się na wszystko. Poszliśmy do domu. Gdy już wytrzeźwiał ucieszył się, że mnie widzi. Najpierw zachłannie wpił się w moje usta, aby już po chwili zacząć mnie rozbierać. Dziwi mnie, że dał radę zrobić cokolwiek na głodzie. Wiem, że wtedy nie myśli się o niczym innym, jak tylko o dragach. A on był taki delikatny, ale cholernie napalony. Wtedy po raz pierwszy spaliśmy ze sobą na trzeźwo. I było jeszcze lepiej niż wcześniej. Niby nie było tego efektu. Świat nie był piękny i nie tańczył mi przed oczami, a całe moje ciało nie było sparaliżowane. Mimo to byłem z nim i byłem tego całkiem świadomy. Pewnie dlatego tak mi się podobało. Zaraz potem poszedł kupić sobie działkę i nawalił się u mnie w mieszkaniu. Potem nic się nie zmieniło. Dawałem mu dach nad głową i wyżywienie, a za kasę którą zarabiałem pracując w jakimś magazynie, kupował sobie te świństwa. Pewnego dnia kazałem mu z tym skończyć, ale zwyczajnie mnie wyśmiał. Prosiłem o to kilkukrotnie, aż w końcu nie wytrzymałem. Pokłóciliśmy się. Wyszedłem trzaskając drzwiami i krzycząc, że gdy wrócę ma go tu nie być. Wiedział, że nie żartuję, bo byłem śmiertelnie poważny i dałem mu to do zrozumienia. Myślałem, że wyjdzie i pójdzie się naćpać. Nie zrobił tego. Wróciłem około dziesiątej wieczorem. Drzwi były otwarte, stwierdziłem więc, że zapewne naćpał się i leży w sypialni na haju. Nie było go tam. Rozejrzałem się po domu. Nie było go w sypialni, w salonie, w kuchni. Została tylko łazienka. Spokojnie wszedłem i to co ujrzałem przeraziło mnie. Zayn leżał zarzygany obok wanny. Nie ruszał się ani trochę. Podbiegłem do niego. Ręce zaczęły mi drżeć i nie wiedziałem co robić. W buzi leciała mu piana, a oczy były zupełnie nieprzytomne. Wiedziałem co to oznacza. Przedawkował. W ostatnim odruchu zdrowego rozsądku chwyciłem za telefon i zadzwoniłem na pogotowie. Przyjechali i zabrali go natychmiast. Oczywiście pojechałem z nim, a przez całą drogę łzy nie przestawały mi płynąć. Byłem załamany, tak strasznie się bałem, że umrze. Zabrali go do jakiejś sali i zabronili tam wchodzić. Nie wiem co tam robili, ale odchodziłem od zmysłów. Wreszcie wyszedł jakiś mężczyzna w białym fartuchu. Wyglądał tak poważnie... Wiedziałem co to oznacza. Podszedł do mnie i położył mi rękę na ramię. 'Przepraszamy. Nie zdążyliśmy...' Mój świat się zawalił. Odszedłeś... Boże, Zayn. Ty naprawdę umarłeś! Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Nic nie widziałem. Świat mi się zawalił i aby nie zemdleć, usiadłem na krześle zakrywając twarz rękoma. Nie wiedziałem co się dzieje. A przecież jeszcze dziś rano kochałeś się ze mną. A teraz... Nie ma go... I co ja teraz zrobię? Zostawił mnie tu... Zupełnie samego. Nie dam sobie radę. Nie mogłem przestać płakać. To tak strasznie bolało. A przecież mówiłem. 'Skończ z tym.', 'Pomoge ci'. Błagałem na kolanach, by dał sobie pomóc... Wiem, że... Specjalnie wziął za dużo. To przez to, że kazałem mu się wyprowadzić? Tak... Pamiętam co mu powiedziałem. 'Wypierdalaj z mojego życia! Próbowałem, ale ty nie chcesz! Jesteś zwykłym śmieciem. Ćpunem, któremu nic już nie pomoże! Wychodzę, a gdy wrócę, nie chce cię tu widzieć! Obyś zdechł za swoją głupotę!' Widziałem, jak najzwyczajniej w świecie zaniósł się płaczem, ale pozostałem niewzruszony. Może gdybym wtedy nie wyszedł... Może wciąż by tu był. To moja wina? A teraz... Siedzę na cmentarzu. Wpatruję się w wygrawerowany na granitowej płycie napis 'Zayn Malik' i daty. Nie mogę przestać płakać, ale ludzie i tak tego nie widzą. Moknę tu przecież od dwóch godzin nie chcąc wracać do domu. W końcu... postanowiłem skończyć szkołę. Później może nawet pójdę na studia. Chciałbym, żeby tu teraz był. Ze mną. Ale już nie wróci. Chciałbym go tylko przeprosić. I jeszcze... Aby wiedział, że nigdy nie przestanę go kochać. Jeste moim pierwszym i jedynym. Będę tylko jego. Już na zawsze. 
_______________________________________________________________
Tak więc kolejny Ziam, skoro tak go wielbicie :3 Mam nadzieje, że się wam spodoba... To znaczy... Według mnie mógłby być lepszy i dłuższy... no ale cóż... 
I teraz tak.
1) Jeśli chodzi o sondę to już wyjaśniam, gdyż mogliśmy się źle zrozumieć. Na pierwszym miejscu stawiam wasze propozycje na One-shoty, które możecie składać w komentarzach lub na tt... Jeśli jednak nie dostanę żadnych propozycji, wtedy sonda się przyda. Bromance, który będzie miał najwięcej głosów będzie tematem następnego jednoparta. :3
2) Kontynuację - Planuję kontynuację 'Wykorzystania' i dzięki sugestii Vianoxa- może również Bad Boya. To w najbliższym czasie. Jeśli dobrze pójdzie i najdzie mnie wenta to tak, może napisze również 3 część Chance. Ale w pierwszej kolejności zajmę się rozdziałem, nad którym pracuję. 
Tak więc... 
~Love u! xx